stat4u
ROZWAŻANIA NA STULECIE - Quick.Cms - szybki i prosty system zarządzania treścią

ROZWAŻANIA NA STULECIE

Aktualności » ROZWAŻANIA NA STULECIE

Data:29.11.2018(ost. aktualizacja 29.11.2018 20:14)
  • Janusz Sanocki/Archiwum
    Janusz Sanocki/Archiwum

Kiedy znów stracimy niepodległość?

Być może wielu czytelników się żachnie na tak zadane pytanie. Jak można wątpić w to, że Polska – demokratyczna, rządzona przez kolejne „dobre zmiany” (raz pisowską, raz platformerską), zabezpieczona wiecznym sojuszem z naszym potężnym przyjacielem zza oceanu, dokarmiana wiecznymi dotacjami z Unii – że taka Polska będzie istnieć wiecznie. Do końca świata, a nawet jeden dzień dłużej. I co znowu za prowokacje ten Sanocki robi, że takie pytania stawia?

Otóż nie ma głupich pytań, są tylko głupie odpowiedzi. Padały potężne imperia, rozlatywały się państwa stabilne, sojusznicy nie raz i nie dwa zdradzali, dokarmiający wystawiali w końcu rachunki za paszę dotacji. Nic na tym świecie nie jest wieczne i nec locus, ubi Troia fuit – nie ma śladu gdzie była niegdyś Troja.

 

Narodowa mitologia

Narodowa mitologia wtłaczana dzieciom do głów, nasza wiara w szlachetną przeszłość opowiada jak to było sobie wielkie, szczęśliwe państwo polskie i w XVIII wieku przyszli niedobrzy sąsiedzi, napadli, rozebrali i Polska – na skutek tej zaborczości obcych - zniknęła z mapy Europy. Wyrządzono nam krzywdę bez naszej winy. Ech gdyby nie zabory! Jakim pięknym i rozległym państwem byśmy byli!

Potem były powstania – listopadowe, styczniowe – każde z nich konieczne i słuszne, bo jakbyśmy tak raz na 50 lat nie wytracili swojej elity, nie polegli, to jakżeby ta Polska miała wyglądać? O czym by śpiewały następne pokolenia?

W końcu odzyskaliśmy wolność w 1918 roku. Niestety tylko na 20 lat, bo znów źli sąsiedzi napadli nas, a sojusznicy nie wywiązali się z sojuszy i nie przyszli na pomoc. I znów zniknęliśmy z mapy – nie ze swojej winy ma się rozumieć.

Wszystko to ma podtrzymywać nas na duchu, tylko że prawdy jest w tych mitach bardzo niewiele. W XVIII wieku Polska szlachecka upadła, bo upaść musiała. Była dziwolągiem w ówczesnej Europie. Państwem totalnie zacofanym pod każdym względem, bez dróg, bez armii, bez skarbu. Jak to się wszystko trzymało kupy – nikt nie potrafi powiedzieć. Sądy w szlacheckiej Polsce owszem wydawały wyroki – ma się rozumieć tylko w sprawach między szlachtą, ale te wyroki nie były egzekwowane przez państwo, bo państwo żadnej nie miało policji, ani w zasadzie administracji. Egzekwował więc wyrok kto tam miał szablę i paru kumpli potrafił zwerbować. A ponieważ najwięcej kumpli mieli magnaci, bo cała masa szlachty-gołoty żyła na ich koszt, więc taki magnat robił co chciał. Żadne go tam sądy nie obowiązywały – chyba, że miał sprawę z innym magnatem. Jakiegoś tam szlachcica mógł krzywdzić do woli. A już o chłopach nie ma co mówić, bo żadnych praw nie mieli. Jak się szlachcic opił i dla zabawy zabił chłopa, to płacił tam jakieś odszkodowanie właścicielowi tego zabitego boć przecież chłop to był inwentarz jak krowa czy koń.

Niewiele więcej praw mieli mieszczanie, chyba że byli niemieckiego czy żydowskiego pochodzenia i żyli w Polsce na zasadzie przywilejów, które otrzymali od króla czy magnata.

Administracja w zasadzie nie istniała, podatki były znikome i wystarczały ledwie na utrzymanie dworu królewskiego, armii prawie nie było. Państwo, które obejmowało terytorium sięgające miliona kilometrów kwadratowych utrzymywało 12 tys. żołnierzy. W tym czasie biedne (ale dobrze rządzone) Prusy miały 150 tys. doskonale wyszkolonego żołnierza, podobnie Rosja i Austria.

Sąsiednie państwa były rządzone sprawnie, podczas kiedy w Polsce od połowy XVII wieku sejmy były zrywane regularnie. Wystarczyło, że coś jakiemuś magnatowi nie odpowiadało, zlecał zadanie jednemu ze swoich posłów i ów reprezentant narodu krzyczał „Nie pozwalam na dalsze obrady!” i wszyscy musieli rozjechać się do domów. Było to dziwactwo na skalę światową, ale przez kilkaset lat nie budziło w Polsce żadnego sprzeciwu. Elity – szlachta, duchowieństwo, magnateria – zadowoleni byli z liberum veto i nie widzieli potrzeby zmiany. Nie raziła ich też niemoc państwa, niesprawiedliwość sądów, nie niepokoił brak armii, brak dróg – dopóki szlachcic sprzedawał zboże i mógł dostatnio żyć, było dobrze.

W połowie XVIII w. zaczęło się nieśmiałe myślenie o reformach, ale wszystko to było za mało, za późno i nie tak. Takie zaniedbane, zdezorganizowane państwo, jakim była wówczas Rzeczpospolita musiało upaść. Nikt nie mógł tolerować bezbronnego, niezagospodarowanego cywilizacyjnie stepu zajmującego 800 tys. km kwadratowych w centrum środkowej Europy. Nie opowiadajmy więc, że to wina sąsiadów. To my sami, my Polacy doprowadziliśmy do upadku naszego państwa w XVIII wieku.

Strony: