stat4u
ROK 2017 W POLITYCE MIĘDZYNARODOWEJ - Quick.Cms - szybki i prosty system zarządzania treścią

ROK 2017 W POLITYCE MIĘDZYNARODOWEJ

Aktualności » ROK 2017 W POLITYCE MIĘDZYNARODOWEJ

Data:14.01.2017 (ost. aktualizacja 14.01.2017 15:04)
  • Ryszard Czarnecki/Archiwum
    Ryszard Czarnecki/Archiwum

Z Nowym Rokiem ‒ nowym krokiem. To stare polskie powiedzenie odnosi się także do polityki zagranicznej. A w niej w tym roku „będzie się działo”. Wydarzenie goni wydarzenie. Już w styczniu mamy dwa wielce istotne. Najpierw, 17 stycznia odbędą się w Strasburgu wybory przewodniczącego Parlamentu Europejskiego oraz wiceprzewodniczących tego jednego z dwóch największych parlamentów świata (tylko Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych jest liczniejsze, bo liczy około 3000 posłów). Nie chcę przeceniać roli europarlamentu w polityce międzynarodowej, zwłaszcza światowej, jest jednak faktem, że po wejściu w życie Traktatu Lizbońskiego w grudniu 2009 (jakby go nie oceniać ‒ ja jestem krytyczny)  znaczenie PE wyraźnie wzrosło: żadna unijna regulacja nie wejdzie od tamtego czasu w życie bez „OK” ze strony tegoż ciała. To swoisty paradoks, bo przecież w odróżnieniu od parlamentów narodowych Parlament Europejski nie ma inicjatywy ustawodawczej!

Zerwany pakt chadecja-lewica

Wybory w Strasburgu mają jednak znaczenie tym razem daleko wybiegające poza europarlamentarną polityczną układankę. Po pierwsze dlatego, że nastąpiło zerwanie tzw. wielkiej koalicji chadeków (Europejska Partia Ludowa) z socjalistami. Trwała ona „od zawsze”, z krótką przerwą na okres 1999-2004, gdy miało miejsce czasowe polityczne małżeństwo EPL z liberałami (ALDE). Tym razem lewica nie dotrzymała jednak umowy i nie oddała ‒ po pięciu latach swojej „kierowniczej roli” ‒ szefostwa PE, co przewidywało porozumienie z chadecją z 2014 roku i zgłosiła konkurencyjnego wobec EPP (EPL) kandydata na przewodniczącego PE. Po drugie wszakże ‒ i to jest ważniejsze ‒ tym razem wybór szefa europarlamentu bezpośrednio może zaważyć na późniejszym o parę miesięcy wyborze przewodniczącego Rady Europejskiej.

Słowem: eurodeputowani mogą 17 stycznia zdecydować nie tylko o tym, kto będzie szefem PE, ale też kto... nie będzie kierował Radą! Zdecydować mogą o tym niepisane, ale obowiązujące od lat polityczne parytety wewnątrz Unii Europejskiej. Utarło się bowiem od 2012 roku, że na trzy główne stanowiska w UE: przewodniczącego Komisji Europejskiej, szefa Parlamentu Europejskiego i ‒ to najnowszy wynalazek, zasługa właśnie Traktatu Lizbońskiego ‒ przewodniczącego Rady Europejskiej dwa przypadają tzw. chrześcijańskiej demokracji (EPL), a jedno ‒ socjalistom. Stąd w latach 2012-2014 niemiecki socjaldemokrata Martin Schulz dzierżył europarlamentarne stery, a Komisją i Radą kierowali przedstawiciele chadeków, byli premierzy Portugalii i Belgii: Jose Manuel Durao Barroso i Herman van Rompuy. W okresie lat 2014-2017 częściowo zmieniły się nazwiska, ale parytety dalej obowiązywały: pozostał Schulz i zasada „2 do 1”, a Europejską Partię Ludową reprezentowali nowi szefowie: KE  Jean-Claude Juncker i RE ‒ Donald Tusk. W kontekście strasburskiego głosowania 17 stycznia widać wyraźnie, że zwycięstwo kandydata socjalistów może uratować głowę Tuska, a ‒ paradoksalnie ‒ wiktoria jego europartyjnego towarzysza może tegoż Tuska zgilotynować (politycznie oczywiście).