stat4u
NIE MA REFORMY SĄDOWNICTWA. JEST ZA TO ZAMĘT - Quick.Cms - szybki i prosty system zarządzania treścią

NIE MA REFORMY SĄDOWNICTWA. JEST ZA TO ZAMĘT

Aktualności » NIE MA REFORMY SĄDOWNICTWA. JEST ZA TO ZAMĘT

Data:26.09.2018 (ost. aktualizacja 26.09.2018 11:11)
  • Janusz Sanocki/Archiwum
    Janusz Sanocki/Archiwum

       Oświadczenie Sądu Najwyższego o tym, że "zawiesza" stosowanie kilku artykułów ustawy o Sądzie najwyższym, wprowadziło Polskę w kolejny etap konfliktu politycznego.
W konflikcie tym stoją po przeciwnej stronie barykady z jednej strony rząd, parlamentarna PiS-owska większość, a z drugiej strony sejmowa opozycja tzw. opozycja totalna – Platforma Obywatelska i Nowoczesna, ale także jak to widać coraz wyraźniej – środowiska sędziowskie, a przynajmniej ich większość.

Tutsi i Hutu

Narracja tzw. rządowych mediów przedstawia konflikt jako opór środowisk sędziowskich, które bronią swoich przywilejów i za wszelką cenę pragną zablokować „reformę wymiaru sprawiedliwości". Jako przykład patologii w sądownictwie podaje się przypadek sędziego, który ukradł na stacji 50 zł, czy innego, który ukradł w markecie wiertarkę.

Opozycja replikuje, że w każdym środowisku może znaleźć się ktoś, kto zachowuje się nagannie. Tymczasem konflikt zaostrza się i nie widać sposobów jego rozwiązania. Polska znalazła się na cenzurowanym unijnych instytucji, powszechne staje się na świecie przekonanie, że następuje u nas likwidacja niezależnego sądownictwa i że staczamy się do roli państwa rządzonego przez dyktaturę. Taki obraz Polski jest nie bez znaczenia i z pewnością utrudni naszą sytuację międzynarodową. Żaden rząd nie powinien pozwalać na wytworzenie takiego wizerunku swojego kraju.

Jednak, co może bardziej istotne, zaogniający się konflikt polityczny sam w sobie jest zjawiskiem negatywnym. Niesie z sobą szkody w postaci pogłębiającego się podziału społeczeństwa na dwie zaciekle wrogie grupy. Już nie ma w Polsce politycznych partnerów, nie ma „pięknie różniących się", są dwa zwalczające się plemiona – na kształt afrykańskich Tutsi i Hutu. Kompromis staje się niemożliwy, powstaje pytanie, kto kogo wypchnie z politycznej sceny, kto wytnie z instytucji publicznych przedstawicieli wroga, kto „dorżnie watahę".

Falandyzacja prawa

Jest oczywiste, że w takiej atmosferze nie ma mowy o naprawie ustroju, jako że zmiana konstytucji bezwzględnie wymaga pozyskania większości nie tylko parlamentarnej, ale też obywatelskiej.

Nie ma też mowy o prawdziwych reformach, jako że rządzący odrzucają wszystkie – nawet ewidentnie słuszne – zastrzeżenia opozycji do kolejnych ustaw zmieniających sądownictwo. W efekcie mamy zalew nowelizacji do uchwalonych całkiem niedawno ustaw, projekty pisane na kolanie, pisanie ustaw pod konkretne przypadki – co jest oczywistym błędem legislacyjnym. I prawdę powiedziawszy – kompromitacją rządzącej większości, która jak się okazuje, nie potrafi napisać porządnego projektu ustawy o Sądzie Najwyższym, którego nie trzeba by pięć razy poprawiać i który nie budziłby wątpliwości konstytucyjnych. Bo – trzeba to wyraźnie powiedzieć – to po stronie większości sejmowej leżało takie przygotowanie ustaw sądowniczych, w tym ustawy o SN, żeby nie było żadnych wątpliwości co do ich zgodności z konstytucją.

Tłumaczenie, że wprawdzie art. 183 konstytucji mówi o sześcioletniej kadencji pierwszego prezesa Sądu Najwyższego, ale jednocześnie art. 180 określa, iż to ustawa decyduje o wieku emerytalnym sędziego, jest co tu dużo mówić prymitywną manipulacją. Manipulacją obliczoną na to, że Trybunał Konstytucyjny został spacyfikowany i jest całkowicie spolegliwy wobec PiS, ale także i na to, że znajdą się – wśród prawników – spolegliwi wobec rządu prawnicy, którzy tak właśnie, wbrew oczywistej logice i zasadzie „clara sunt non interpretanda" – będą ogłupiać opinię publiczną. Dla każdego, kto potrafi jeszcze myśleć, jasne jest, że rządząca większość za pomocą skrócenia wieku emerytalnego pozbywa się z SN niechcianych sędziów w wyraźnym zamiarze zastąpienia ich sędziami spolegliwymi wobec PiS.

Idąc bowiem dalej w logice PiS, Sejm mógł był skrócić wiek emerytalny sędziów do 45. roku życia i w ten sposób wymieść z sądów wszystkich, którzy nie odpowiadają ministrowi. A potem za rok znowelizować ustawę i przywrócić wiek 65 lat.

Staje się też jasne, że kolejne ustawy sądownicze nie naprawiają złych mechanizmów, które sprawiają, że sądy w Polsce źle funkcjonują, a ich celem jest zastąpienie sędziów niezwiązanych z obozem rządzącym sędziami, którzy dają gwarancję „naszości". Oczywiste jest też, że w tej sytuacji jakość etyczna, zawodowa, osobowościowa kandydata nie ma znaczenia, że główną (a być może jedyną) przyczyną wyboru są dobre relacje i gwarancja spolegliwości wobec obecnego ośrodka władzy. Jest zatem oczywiste, że tego rodzaju partyjna afiliacja nie poprawi sądownictwa. Co za pożytek dla obywatela przyjdzie z tego, że złego sędziego popierającego Platformę zastąpi równie zły spolegliwy wobec PiS? Dobór na zasadzie wyrażonej niegdyś przez Trumana: „Wiem, że to sukinsyn. Ale to nasz sukinsyn!", nie jest reformą.