stat4u
MÓJ SMOLEŃSK - Quick.Cms - szybki i prosty system zarządzania treścią

MÓJ SMOLEŃSK

Aktualności » MÓJ SMOLEŃSK

Data:10.04.2017 (ost. aktualizacja 10.04.2017 22:09)
  • Warszawa 17.04.2010r./Archiwum
    Warszawa 17.04.2010r./Archiwum

To będzie bardzo osobisty tekst. Nie będę pisał uczonej analizy o tragedii pod Smoleńskiem, ani też o międzynarodowym kontekście jej wyjaśniania. Nie będę się rozwodził o tym, że byłem pierwszym europosłem ze wszystkich 751 członków Parlamentu Europejskiego, który wystosował w lipcu 2010 roku oficjalną interpelację do Komisji Europejskiej w sprawie unijnej pomocy w „smoleńskim śledztwie”.

Smoleńsk przeżywałem osobiście, bo wielu ludzi stanowiących elity Państwa Polskiego, która tam zginęła, było znanych mi osobiście. Z wieloma ludźmi się przyjaźniłem. Dla mnie wciąż są obecni nie tylko w wymiarze historycznym, ale moim prywatnym życiu i osobistych wspomnieniach. W moim telefonie komórkowym, choć w ciągu tych siedmiu lat zmieniłem szereg aparatów, wciąż mam nazwiska Ich wszystkich. Głównie  są  to oczywiście ludzie z Kancelarii Prezydenta, poczynając od Władka Stasiaka, z którym rozmawiałem przed katastrofą, komentując jakieś jego medialne wypowiedzi. Władysław, mój krajan z Wrocławia nie obrażał się na krytykę. Był mądry, bo wiedział, że warto korzystać z cudzego doświadczenia. Ale byli tam nie tylko ludzie z naszego obozu. Zachowałem telefon do prezesa PKOl, wywodzącego się z lewicy, Piotra Nurowskiego. Był też człowiek, z którym regularnie ostro ścierałem się w mediach, ale spotykaliśmy się na imprezach sportowych – Jerzy Szmajdziński (miał być kandydatem SLD na prezydenta w wyborach AD 2010). Był też Arkadiusz „Aram” Rybicki, który był polityczną sierotą po PO‒PIS-ie i będąc wiceministrem kultury z Platformy nigdy nie chciał dać się osadzić w roli frontmena atakującego Prawo i Sprawiedliwość.

Aleksandra Szczygłę zatrudniłem u siebie w ministerstwie, gdy tylko powołany został rząd Jerzego Buzka, a ja zostałem ministrem-przewodniczącym Komitetu Integracji Europejskiej. Śp. Olek został szefem departamentu odpowiedzialnego za promocję i komunikację. Mało kto o tym skądinąd wie, a było to jego pierwsze poważne wyzwanie po pracy w NIK, na której pokład zaprosił go śp. Prezydent.

Staszka Zająca, druha z ZChN-u, jednego z moich następców na stanowisko szefa tej partii  znałem dobre kilkanaście lat, wielokrotnie bywałem w jego domu goszczony przez gospodarzy ‒ Stanisława i jego żonę Alicję, obecną senator PiS. Znałem też jego dzieci.

Wielokrotnie bywałem również w londyńskim domu (w północno-zachodniej części brytyjskiej stolicy) prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. 32 Anson Road – to było miejsce, gdzie młodszym gościom z Polski, jak ja, pani Karolina, żona głowy emigracyjnego państwa, mówiła per druhu, gdzie smacznie się jadło, ale przede wszystkim rozmawiało, rozmawiało o niepodległej Polsce. Prezydent był staroświeckim patriotą  w dobrym tego słowa znaczeniu.

Krzysztof Putra, Sarmata z Podlasia. Zawsze, gdy gościłem w jego gabinecie wicemarszałka Sejmu miałem poczucie, że to archetyp kresowego szlagona-patrioty, ojca (licznej) rodziny, który wszak pierwszy pójdzie  z szablą na Moskala, gdy tylko Ojczyzna zawoła.

Nasz Rzecznik Praw Obywatelskich, intelektualista-konserwatysta Janusz Kochanowski, ciekawy rozmówca z mocnymi poglądami, co w środowisku prawniczym wyróżniało go zdecydowanie. I dalej, dalej w głąb wyciętych w Rosji polskich drzew: Janusz Kurtyka, nieraz przypadkowy współpasażer kolejowych podróży na trasie Warszawa-Kraków i odwrotnie oraz już zupełnie nieprzypadkowy rozmówca na warszawskim bruku, nowoczesny patriota, wiedzący, że silnego państwa nie można zbudować bez polityki historycznej. I Maciek Płażyński, o którym wszyscy wiedzą, że był Marszałkiem Sejmu, ale mało kto wie, że grał w reprezentacji polskiego parlamentu na stoperze i w spotkaniu z  drużyną Bundestagu w Berlinie strzelił honorowego gola w oszukanym meczu, gdzie  wbrew ustaleniom Niemcy wstawili do swego składu zawodowych piłkarzy. Pamiętam do dziś jak odwoził mnie ze stadionu Lechii na dworzec w Gdańsku, tuż po tym jak jego ukochana drużyna wygrała ze Zniczem Pruszków mecz decydujący o powrocie do ekstraklasy.

I jeszcze wielu innych. Nie ma ich – a przecież cały czas są. Dla mnie. I nie tylko dla mnie.

Ryszard Czarnecki

Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego